Runmageddon - czyli bieg dla wariatów

Runmageddon - czyli bieg dla wariatów

Runmageddon - jeden z bardziej popularnych biegów z przeszkodami w kraju, a może i Europie, lub jak kto woli - biegów ekstremalnych dla osób, które mają dość biegania w parku czy siedzenia za biurkiem i chcą się odchamić w prosty sposób. No, może są jeszcze amatorzy, którzy chcą się dobrze bawić w tym jakże niezwyczajnym biegu.

Mój start przypadł na 23 stycznia, czyli pierwszy tegoroczny bieg na dystansie 6km z przeszkodami, bądź jak mawia się w środowisku, przebiegłem REKRUTA. Dostałem w kość, czułem się zniszczony fizycznie, głowa też kilka razy nie chciała współpracować. Niby tylko 6 kilometrów, ale to było 6 kilometrów walki z trasą, przeszkodami i samym sobą. Do mety dotarłem, w 1:17, na jakiejś 340 pozycji, co uważam za sukces, biorąc pod uwagę brak przygotowania i trenowania od blisko 3 lat, od czasu, gdy skończyłem trenować lekkoatletykę.

Przed biegiem dało się słyszeć, że to najtrudniejszy rekrut w historii całego cyklu zawodów, że wcale nie taki prosty i dość wymagający, ale to nie zniechęciło blisko 1000 uczestników! Pierwsza odsłona tych zawodów w Warszawie, powitała na mecie grubo ponad 900 osób. Szczęśliwych, zmarnowanych i znających swoje słabości. Przepełnionych endorfinami mężczyzn i kobiety, którzy w większości nie przygotowani pod kątem sprzętu jak i kondycji wiwatowali swoje ukończenie biegu.

Jak już wspominałem, nie przygotowałem się do zawodów w żaden sposób, w pracy nawet drwiono, że gdzie jak gdzie, ale zgłaszając urlop na żądanie mam ciekawsze zajęcia niż bieganie, czołganie się i obijanie głową pod czołgiem.

Godzina startu - 12.30.

Pakiet odebrałem chwilę po 11:00. Dość sprawnie, bez kolejek, może dlatego, że na ostatnią chwilę? W pakiecie obiecana koszulka i kalendarz. Kolejny do kolekcji związany ze sportem.

Po odebraniu czas powędrować na metę, obok startu. Atmosfera jak zawsze gorąca, okrzyki, muzyka i setki osób. Część z obsługi, część umordowanych po biegu, inni zmotywowani do rozpoczęcia rywalizacji, gotowi na siniaki, obtarcia i podkręcenia.

Wspomniane dwa kwadranse po 12, no i czas na mnie. Werwa, radość, przemyślenia. Potem szybka rozgrzewka i jazda do strefy. Okrzyki, odliczanie, dym i... BUM! Nie ma odwrotu. Biegnę przed siebie w lycrach, spodniach, koszulce jednej, drugiej, bluzie no i kurtce z kapturem. Są też rękawice robocze, jak się okazało potem za grube do ćwiczeń siłowych i czapka.

Wszyscy wkoło byli ubrani zdecydowanie "lżej" niż ja, ale to ich sprawa. Wolałem mieć więcej i ewentualnie gubić na trasie nadmiar szmat, niż narzekać jak oni w kolejkach na przeszkodach, że im za zimno.

Pierwsza przeszkoda, górka, poszło gładko, ale przy zbieganiu prawie skręciłem nogę... zachciało się lekkich adidasów pomyślałem, które podeszwę i cokolwiek z adidasów straciły lata temu.

Pierwsze dwa kilometry coś spokojne, bez trudniejszych przeszkód, może poza wielkimi, oblodzonymi rolkami, gdzie bez pomocy innych ciężko było coś wskórać. Problemem były jedynie liny, gdzie jak się okazało, za grube robocze rękawiczki, nie dawały ani trzymania ani czucia. Zastanawiałem się, czy się ich nie pozbyć, ale uznałem to za jeden z głupszych pomysłów tego dnia. Rękawiczki zostały ze mną, owinięte taśmą, na wypadek zahaczenia czy innych przeszkód, które mogły przyczynić się do ich straty.

Trzeci kilometr zaczęty dość łagodnie, bo od kilku przeszkód, gdzie trzeba było się czołgać. Niestety, godzina startu jak i trochę wyższa temperatura niż rano, dały się znać na jednej z przeszkód. Cholernie oblodzony rów, który trzeba było pokonać zboczem, a w płaskich butach i braku czegokolwiek do trzymania było to niemal niemożliwe, zabrał mi kilka minut. Część osób "na cwaniaka" pokonała go poza trasą, idąc wzdłuż rowu, no ale to ich sprawa. Runmageddon to wyścig na czas jedynie dla serii ELITE, my pozostali, sprawdzamy sami siebie, swoją głowę i ewentualnie kondycję, jeśli taką mamy. :)

Mniej więcej w połowie trasy jedna z przeszkód na myślenie, tzw. przeszkoda mentalna. Mentalna, bo trzeba coś tam wiedzieć, a jak to było do przeczytania w pakiecie informacyjnym, tym razem zakres wiedzy - żargon wojskowy.  Odstałem przed przeszkodą z minutę w kolejce i nawet nie słuchając pytania, powędrowałem z przytaszczonymi oponami dalej, bo szkoda czasu na domyślanie się co mawiają w wojsku.

Mniej więcej w tym momencie rozciągnęła się cała grupa, do której dołączyłem sam nie wiem kiedy. Zaczęły się problemy z głową, iść? A może biec? I tak aż do spotkania kolejnej przeszkody i grupy uczestników, gdzie poszło już raźniej. Ciężko bez ich pomocy i w zasadzie nie lubianych kolejek na przeszkodach pokonać oblodzone, 2-2.5 metrowe ściany. Ktoś podsadził mnie, ja wciągnąłem kogoś - inaczej nie da rady. Nawet największy introwertyk i indywidualista nie poradzi sobie w tym biegu w pojedynkę. To piękna sprawa, móc na kogoś liczyć, chociaż się go nie zna. To nadrzędna sprawa w tym biegu - sam go nie ukończysz, musisz liczyć na innych, a oni liczą na Ciebie.

Po kolejnym kilometrze problemy z głową - po co ja to robię? Po co biegnę? Może odpocznę i pójdę? No tak, już nie może być daleko. Dobra biegnę, szlag mnie trafia, nie mam siły, jestem mokry, a przede mną kilka osób biegnie szybciej niż ja. Moment - tabliczka. 4 kilometr? Kur** serio? Dopiero...

Biegnę, w zasadzie truchtam dalej. Mam dość, tych krzaków, liści i gałęzi. Dajcie jakąś przeszkodę. JEST!

Jakieś budynki, strzelanie z wiatrówki, wejścia i zejścia. Kolejki oczekujących na pokonanie przeszkody. Chwila na odsapniecie. Pogawędkę z kudłatym na temat ile to by się dało teraz za piwo na trasie, no i jakiegoś papierosa. Jakoś poszło, odsapnąłem, biegnę dalej.

Kolejny rów, lewo-prawo, góra-dół. Kolejna przeszkoda, gdzie moje buty odmówiły posłuszeństwa. Żałuję, że nie wziąłem innych, z jakimś lepszym bieżnikiem. Ale widzę, że inni nie mają łatwiej, to mnie jakoś motywuje. Po 3-4 przewrotkach, czas na linę. Tutaj kolejny raz za grube rękawiczki nie chciały się trzymać. Jedna, druga, czwarta gleba. Na piątej próbie w rowie, zaczynam odrzucać linę innym nadbiegającym. Wszyscy kończą w rowie. Wychodzimy, szóste podejście i jest - druga strona. Czas biec dalej.

Kolejne rozrzedzenie zawodników, kolejne przeszkody - kolejne ściany i czołgi, pod którymi trzeba się czołgać. Ból kolan, boląca dupa od upadków, lekko podkręcona noga, zasmarkany nos. Łatwo nie jest, ale to już musi być końcówka. Kolejne 500-600 metrów truchtu. Widzę znajome już budynki Akademii Obrony Narodowej, będzie dobrze myślę, truchtam, bo truchtam, ale się przemieszczam. Przede mną 2 osoby, za mną nikogo. Pewnie nadrobiłem truchtając, inni nadal idą odpoczywając.

Wbiegam na teren AON-u. Wielka siatka, czołganie pod nią, kontener z lodowatą wodą i śniegiem po sutki. Jakoś poszło. Czas na znienawidzoną TESLE, niby siatka z prądem, ponoć kopie i każdy narzeka. Biegnę, próbuję założyć kaptur, żeby chronić łysą czaszkę przed kopnięciem - nie zdążyłem. Ale wbiegam i... i nic. Prądu nie ma!

Motywuje mnie już końcówka. Podbieg pod górkę i zjazd, ale hola. Na tyłku już nie. Boli jak cholera. Gleba jak do pompki i zjazd na brzuchu - to było dobre!

Pozostał namiot z dymem, potem żołnierze. Przeczłapałem, pokonałem dwie ostatnie przeszkody. Umordowany, obolały i zmarznięty zostaję wciągnięty na metę przez znajomych. Jakieś zdjęcia, każą wstać - zakładają medal i bandanę! Tak! To już koniec! Pokonałem sam siebie i dałem radę, jest wesoło, nie ma zmęczenia i chłodu. Jest za to herbata z rumem. Obrzydliwa jak cholera. Ważne, że ciepła.

Runmageddon to doskonałe przedsięwzięcie, bieg dla silnych i słabych, dla uwierzenia w siebie i swoje możliwości. Nieważne czy na 6-12 czy 21km. Ważne aby ukończyć, bez myślenia o czasie, czy to w 50 czy 90 minut.

To na pewno najlepszy bieg przeszkodowy, to na pewno impreza, gdzie po ukończeniu powiecie - koniec nudnym bieganiem! Koniec nudnych biegów po mieście - czas na coś nowego!

Było rewelacyjnie, skończyłem pisać - boli mnie dupa, bolą kolana, łokcie, bark, podpuchła mi kostka, coś się dzieje z nadgarstkiem. Ale jest dobrze! Mimo braku kondycji, przygotowania motorycznego, dałem radę. Nie zawiodła zwinność. Głowa dała radę, mięśnie jakoś też wytrzymały.

Runmageddonie - mam nadzieję że się jeszcze spotkamy! Zawodnik 1101!

do góry