Skarżyński kontra Borowski – dwie drogi, dwa medale cz.3

Skarżyński kontra Borowski – dwie drogi, dwa medale cz.3

Trzecie i ostatnia część cyklu, doprowadzająca nas do docelowego startu - walki o medale Mistrzostw Europy Weteranów we Francji.

MARZEC
  • Jerzy Skarżyński

Mikrocykl tygodniowy:

WT – OWB1 13 km + 10 przebieżek
CZW – OWB1 12 km + 6-8 przebieżek
N – Start

Realizacja:

T18 – 5/78 km
T19 – 4/49 km
T20 – 3/33 km
T21 – 3/36 km
T22 – 2/24 km

Razem: 16 jednostek treningowych/207 km

Komentarz:

Pierwszy tydzień marca jeszcze „na lutowo” – 5 treningów, ale w niedzielę zrobiłem dwie mocne „czwórki” (I-14:02, II-14:07, czyli po ok. 3:31/km, a po nich mocny kilometr w 3:01, na odcinku lekko z górki). Potem w planie był sprawdzian w Grand Prix Szczecina (5,5 km). Wypadłem znakomicie – byłem piąty, pokonując trasę ze średnią prędkością 3:21/km i wygrywając (nieznacznie) z kilkoma biegaczami, z którymi zwykle przegrywałem. Było dobrze, baaardzo dobrze!

W kolejnym biegu chciałem się sprawdzić na dystansie 10 km. Pojechałem do Poznania na „Maniacką 10”, ale… od wtorku przed wyjazdem czułem na treningach lekkie „ćmienie” w lewej łydce. W Poznaniu po pierwszym kilometrze (3:15) poczułem w niej tak bolesne ukłucie, że natychmiast zrezygnowałem z biegu. Bałem się poważniejszych konsekwencji. Jacek Dąbrowski, z którym wygrałem w niedzielę 5 sekund, nabiegał tu 34:15! Czy i ja miałem szanse na podobny wynik? Myślę, że tak. Byłem w stanie pobiec po asfalcie 10 km po 3:25/km! Gdyby nie ta łydka…

Kolejnym sprawdzianem miał być półmaraton w Warszawie. Pojechałem tam z założeniem, że jeśli ból znów się pojawi także zejdę z trasy. Przebiegłem 10 km (36:36). Ukłucia wprawdzie nie było, ale mięsień był „niewyraźny” i nie chciałem go zmasakrować dalszym biegiem.

Tydzień po Warszawie (22.tydzień) przeznaczyłem na odpoczynek od biegania, żeby zgasić bóle w łydce, smarując go także Liothonem. Biegałem tylko 2 razy (11 i 13 km), ale czułem, że ciągle „coś” w niej siedzi.

  • Krzysztof Borowski

Po Halowych Mistrzostwach Polski, zakończonych zdobyciem złotego medalu i ustanowieniem rekordu Polski w kat M 55 na 3000 m, zostały 3 tygodnie do Halowych Mistrzostw Europy w Gent w Belgii. Mój trening nie uległ w zasadzie zmianie. Jedyną innowacją było podzielenie czwartkowego BC na krótsze odcinki, dystans został ten sam. Od 28.02. do 16.03. wykonałem dwa mikrocykle i mój trening przedstawiał się następująco:

Mikrocykl tygodniowy:

PON – rozbieganie 8 km
WT – siła biegowa 25 x 200 m pod lekką górką – 3%, przerwa 200 m
ŚR – BC1 14 km
CZW – BC2 4 x 3 km
PT – BC2 12 km
SOB – skipy + wyskoki + wieloskoki + przebieżki
N – BC1 + BC2 12+ 12 km

Realizacja:

Biegałem codziennie przebiegając w 15 jednostkach treningowych 224 km.

Komentarz:

Do Gent jechałem mocny i pewny swoich możliwości. Interesowało mnie tylko zwycięstwo i złoty medal. Mimo upadku bieg rozegrałem taktycznie po mistrzowsku – zaatakowałem na ostatnich 200 m i bez większych problemów wyprzedziłem drugiego na mecie reprezentanta   Anglii o 4 sekundy, a Holendra o 8. Skuteczny finisz był efektem mocnych wtorkowych treningów siły biegowej.

Zwycięstwo było wspaniałym niezapomnianym przeżyciem, może ambicje sięgają jednak wyżej i będę  w dalszym ciągu dążył do osiągnięcia wyznaczonych celów. Kolejnym ma być start w biegu ulicznym na Mistrzostwach Europy w Yutz i w Thionville we Francji.

KWIECIEŃ/MAJ

  • Jerzy Skarżyński

Mikrocykl tygodniowy:

WT – OWB1 13-15 km
CZW – OWB1 10-12 km + 10 prz.
SOB – OWB1 13 km + 10 prz.
N – WB2/WB3

Realizacja:

T23 – 3/32 km
T24 – 4/54 km
T25 – 4/58 km
T26 – 4/62 km
Razem w kwietniu: 15 jednostek treningowych/199 km
W maju - do startu:
T27 – 3/49 km
T28 – 4/67 km, łącznie z mistrzostwami

Komentarz:

Ból nie ustępował, więc w końcu poszedłem do flebologa. To był stan zapalny zatok żylnych. Zapisał mi tabletki i smarowanie Voltarenem przez 2 tygodnie. Jak bieganie? To nie był trening do Mistrzostw Europy, to było bieganie mające na celu podtrzymanie wydolności, a ściślej jak najmniejsze tracenie byłej już formy. Oszczędzałem łydkę, by móc pojechać do Francji, choćby w gorszej formie. Mówiłem o medalu i miałbym zdezerterować?

Siły biegowej nie robiłem, bojąc się przeciążenia łydki, a niedzielne mocne treningi wyglądały następująco: 16 kwietnia WB2 6 km (po 3:45/km), a po 6 minutach przerwy 3 tysiączki (3:23; 3:19; 3:13 – na 4-minutowych przerwach w truchcie), za tydzień powtórka z marca (2 x 4 km + 1 km), ale wypadło znacznie gorzej niż wtedy (obie po 14:16, a tysiączek w 3:12). To efekt braku piątego treningu i braku siły biegowej. 3 maja – na 10 dni przed startem we Francji – zrobiłem 9 tysiączków (3:22-3:19, ostatni 3:13). Luzy były, ale siły biegowej brakowało w nogach. Nie było źle, ale miało być lepiej.

W niedzielę poprzedzającą zawody byłem w Dusseldorfie, gdzie Agnieszka Gortel biegła maraton, więc szlif pod superkompensację zrobiłem w poniedziałek rano. To był sprawdzian na 5 km z założonym tempem po 3:25/km i ewentualne przyśpieszenie lekko na przedostatnim, a na maksa na ostatnim. Przebiegłem tylko trzy kilometry po 3:25. Przeszkadzało gorąco i brak sił w nogach.

W czwartek byłem we Francji. W piątek start na 10 km. Marzyłem o połamaniu 35 minut, a ściślej, wiedziałem, że tylko taki wynik gwarantuje medal, a ja musiałem biec po medal. Do przodu od startu poszła 7-8-osobowa grupa. Ja i Krzysztof zaczęliśmy spokojniej, ale po 3-4 km byliśmy już w grupie walczącej o medal (z przodu uciekało 2 zawodników). Zaatakowałem na długim łagodnym podbiegu na 3 km przed metą, ale uciekłem Krzysztofowi ledwie na 10-15 metrów, za mało, bym mógł spokojnie utrzymywać bezpieczną przewagę do mety. Gdy mnie dogonił nie miałem sił walczyć, pogodziłem się z porażką. Miałem w planie zejść z trasy, gdyby nie było szans na medal, ale z drugiej strony nie wiedziałem, co wywalczę za dwa dni w półmaratonie, więc pomyślałem, że 4. miejsce na 10 km będzie tym wróbelkiem w garści. Dobiegłem.

W niedzielę rano był półmaraton. Byłem bardzo zmęczony po piątkowej walce, ale po rozgrzewce wstąpił we mnie bojowy duch. Jeśli nie teraz, to kiedy? – wmawiałem sobie. Problemem było to, że wszyscy biegli razem – wszystkie kategorie wiekowe, więc po starcie trudno się było zorientować, czy ktoś z naszej kategorii nie jest przed nami. Zacząłem spokojnie, po 3:38-3:40/km. Czułem się znakomicie! Po 7 km dogoniłem Krzysztofa, który nie miał orientacji, na których pozycjach biegniemy. Przed startem oceniliśmy, że aby wygrać trzeba złamać 1:17. Gdy na 10 km mieliśmy międzyczas 36:14 doszliśmy do wniosku, że chyba prowadzimy w kategorii. Od tego momentu nastawiłem się raczej na kontrolowanie sytuacji, niż na forsowaniu tempa. Mam szansę na złoto, jeżeli pokonam Krzysztofa! – kalkulowałem. To byłoby dużo więcej, niż oceniałem przed zawodami. Na 17 km znów spróbowałem ataku, ale znów Krzysztof nie dał się zgubić. Wtedy „siadłem mu na kole”, chcąc pokonać go zdecydowanym finiszem dopiero na ostatnich 200-300 metrach. Nie wytrzymałem już na ok. 500 przed linią mety, ruszyłem do końcowego finiszu. Udało się. Byłem baaardzo zmęczony, ale jeszcze bardzie zadowolony. Wtedy jakiś Polak z Thionville powiedział nam, że wygrał Ukrainiec, który pobiegł poniżej 1:16. „Złoto dla Ukraińca, ale srebro dla mnie i brąz dla Krzysztofa, też dobrze” – pomyślałem. Nawet zadzwoniłem do żony, do Szczecina, mówiąc że zostałem wicemistrzem Europy. Potem okazało się, że 15 sekund przede mną przybiegł jednak jeszcze Holender, którego pokonaliśmy zdecydowanie na 10 km. Gdybyśmy wiedzieli, że tak wygląda sytuacja na trasie, pewnie była szansa na pokonanie go, ale uśpiło nas przekonanie, że przed sobą mamy czyste pole, że prowadzimy. Cóż, miałem podium, ale Krzysztof z niego wypadł. Taki jest sport.

Miał być medal – przywiozłem do Polski medal. Nie taki, jak chciałem, ale medal. To było celem rozpoczęcia przygotowań w listopadzie i cel swój – plan minimum wprawdzie, ale jednak – zrealizowałem.

  • Krzysztof Borowski

Mikrocykl tygodniowy:

PON – rozbieganie
WT – siła biegowa 25 x 200 m pod lekką górką – 3-5%, przerwa 200 m
ŚR – BC1 12 km
CZW – BC2 14 km
PT – BC1 12 km
SOB – skipy + wyskoki + wieloskoki + przebieżki: nachylenie stoku ok. 5%
N – BC2 20 km
Tygodniowo ok. 100 km.

Realizacja:

Od 18 marca do 9 kwietnia przebiegłem 334 km w 21 jednostkach treningowych.

Komentarz:

Do Mistrzostw Europy w Yutz-Thonville zostało 8 tygodni. Podzieliłem ten czas na dwa mezocykle 4-tygodniowe. Zakończeniem pierwszego miał być start w półmaratonie w Dąbrowie Górniczej i na 10 km w Częstochowie. Mój plan treningowy w zasadzie nie uległ zmianie.

Pierwszy start 3 kwietnia w Dąbrowie Górniczej okazał się  całkiem udany. Czas może nie był rewelacyjny – 1:17:29, trasa wiodła jednak wokół jeziora Pogoria, skąd wiał cały czas przeciwny wiatr. To ja – weteran – nadawałem cały bieg tempo mojej grupy.

Kolejne zawody – w Częstochowie – zasiały niepokój. Wygrałem kategorię wiekową, ale uzyskany czas był o minutę gorszy od rezultatu sprzed roku. W dodatku dołączyły się bóle mięśni pośladkowych, na ten czas nie wzbudziły one jednak jeszcze mojego niepokoju.
11 kwietnia rozpocząłem ostatni etap przygotowań do Mistrzostw Europy w biegu ulicznym.

Ostatni mezocykl zawierał 4 mikrocykle i w ujęciu tygodniowym przedstawiał się następująco:
PON – rozbieganie 8 km
WT – siła biegowa 15-25 x 200 m pod lekką górką – 3-5%, przerwa 200 m
ŚR – BC1 12 km
CZW – BC2 3 x 4 km
PT – BC2 10 km
SOB – skipy + wyskoki + wieloskoki + przebieżki
N – BC2 18 km

Realizacja:

W 30 jednostkach treningowych przebiegłem 432 km.

Komentarz:

W dzienniczku treningowym wszystko wygląda imponująco. Życie jednak rozmija się z planami. Wspomniane bóle mięśni pośladkowych nie tylko nie wyciszyły się, ale ich natężenie spotęgowało się. Ostatnie dwa tygodnie przed najważniejszym startem poświęciłem bardziej na truchtanie, niż właściwe bieganie. Do ostatniej chwili zastanawiałem się nad wyjazdem do Francji. Sprawy jednak zaszły tak daleko, że wstyd byłoby nie jechać. Zapowiedziałem wszak, że jadę po medal, i to złoty. Start w Yutz na 10 km zakończył się  połowicznym sukcesem – z czasem 35:02 wywalczyłem brązowy medal. Dwa dni później w półmaratonie w Thionville było już gorzej – z czasem 1:17:21 zająłem 4. miejsce.

W przygotowaniach popełniłem błąd. Po udanych HME w Gent nie zrobiłem przerwy w treningach. Niepotrzebnie zaplanowałem starty w Dąbrowie Górniczej i w Częstochowie – zabrakło świeżości. Dały o sobie znać treningi o wczesnej porze, praca przez cały dzień, nadmiar ambicji, brak wsparcia logistycznego. Wywalczyłem medal, ale nie takiego koloru, jaki zaplanowałem. Cóż, marzenia muszę odłożyć na później.


Powiązane artykuły

do góry