Troszkę realniej oceniam szanse,
przepłynąć przepłynę,
na rowerze 180km?, nie siedziałem na rowerze od roku, a wcześniej też nie za często,
maraton pewnie bym dał rade, ale nie po rowerze....
Wysłany: Pon Lip 23, 2007 11:03 Temat postu: Maniu jestem w tej samej sytuacji co Ty....
..., ale do odważnych świat należy - mówię Ci to ja Organizator ))
W tym roku siedziałem na rowerze tylko 6 razy (i to dzięki zawodom MTB Wiechora), w tym raz na pożyczonej kolarzówce. Raz pływałem i raz pobiegłem bez treningu w maratonie (nie byłem ostatni). Nie polecam takiego wariactwa, aby robić te rzeczy bez treningu jak mi się przydarzyło, ale ja będę próbował w triathlonie, bo to wreszcie dystans dla prawdziwych mężczyzn, a nie zabawa. Choć co do ukończenia, to patrząc realnie (nic nie robiłem) także ambicje lecą mi w dół i już zaczynam wątpić w to, abym zdołał ukończyć. Bo nigdy naraz nie przejechałem tyle i nie jeżdżąc od dawna boję się nie o nogi, a raczej o "siedzenie". Nigdy tyle nie przepłynąłem, a po ostatnim maratonie ciężko było chodzić)). Ale nawet z braku czasu na treningi, muszę podjąć tę próbę, abym później ewentualnie mógł poprawiać kondycję i cieszyć się, że będę zdolny (z czasem) pokonać więcej i więcej lub szybciej. Taka walka z sobą też daje satysfakcję. _________________ Śpiesz się tylko na zawodach i do pożaru, no i chyba, że gonią ))))
...byłem, przepłynąłem, przejechałem, przebiegłem...
to był mój pierwszy Ironmam, więc radość na mecie ogromna , a poza tym wynik znacznie lepszy od tego, niż przewidywłem. W sumie to nie było tak starasznie, jak się spodziełem. Prawdę mówiąć, to niektóre ultramaratony bardziej mnie mnie sponiewierały niż ten triathlon.
Zawody były raczej kameralne, ale atmosfera bardzo sympatyczna. Zaangażowanie i troska o zawodników na trasie i mecie, tak że każdy czuł się zwycięzcą i nie był pozostawiony samemu sobie.
Ogromne podziękowania dla Orgów, osób na punktach i wszystkich tych, którzy przyczynili się do organizacji tego triahtlonu.
Wielkie dzięki
Dołączył: 10 Paź 2005 Posty: 12770 Skąd: Las Kabacki
Wysłany: Pon Lip 30, 2007 11:43 Temat postu:
Robert Podsiadły napisał(a):
GRATULUJĘ! wszystkim, którzy skończyli i tym którzy próbowali .
Dokładnie to samo ode mnie!
Śledziłam zapisy, z zainteresowaniem przejrzałam wyniki. Z przyjemnością poczytam opinie uczestników o imprezie i chętnie obejrzę zdjęcia. _________________ MEL.
Pobudka 4 30 am. bo start godz. 6; po 4,5 godz. snu, ale poprzednie noce przespane OK i odpoczynek w ostatnim tygodniu spowodował, że czułem się rześko. Rano nie popełniłem błędu z innych imprez – nie wypiłem za dużo – tylko kubek herbaty i pół butelki izotonika, dzięki czemu nie chciało mi się później dramatycznie sikać w trakcie pływania. A mam zasady, do pianki nie sikam. Pływanie spokojnie, chociaż tętno średnie 155, tempo trochę spadało na kolejnych pętlach, ale czas końcowy 1: 08 (1:48/100m) satysfakcjonujący. Patent z okularkami (wymycie z kroplą detergentu – wybaczcie ekolodzy - zaraz przed startem w wodzie jeziora) zapewnia super widoczność, więc nie było kłopotów z nawigacją. Rower rozpoczynam (niby) spokojnie, ale tętno nie chce spaść poniżej 155-160, założenia były poniżej 150. Prędkość średnia do ok. 90 – 100km: 32 km/h, jem od 20 km co 20 km ( co 40 min), drożdżaka, na zmianę z dużym żelem isostara. Mimo to około 100 km zaczyna się jechać ciężko i tak już jest do końca, średnia spada do 30,5 km/h. Tętno średnie z roweru 149. Pod koniec roweru mózg się buntuje i dopuszczam myśl o zakończeniu kariery po etapie rowerowym. Zatrzymuję się raz na siku (150 km) – nogi ołowiane- myśl o biegu wydaje się nieprawdopodobna. W czasie całego biegu wypijam ok. 2,7 litra izotonika rozcieńczonego 1/3 wody. Czas na rowerze 5:44. Dogania mnie nr 1 ok. 160 km. Przez kilka km nie pozwalam mu odjechać (odruch psa), potem jednak odpuszczam i ostatnie kilka km jadę bardzo spokojnie na tętnie 130-140. Po zejściu z roweru postanawiam jednak kontynuować (mózg: totalny brak rozsądku – i tak zejdziesz z trasy..). Pierwsze kilkaset metrów maszeruję i piję izotonik, potem zaczynam biec, o dziwo jest nawet przyjemniej niż na końcu etapu rowerowego. Biegnę 25 min i maszeruje ok. 2 min, potem druga seria, później niestety, (a czuję się podczas marszu jak śmieć) ..coraz więcej idę. Na trasie mijam się 3 razy z Olą, która jest przyczyną mojej udręki (odbiło „babie” i chciała koniecznie jechać na tego irona do Szczecina!), więc staram się wpędzić ją w poczucie winy tekstami typu: strasznie bolą mnie łydki! Łącznie biegiem pokonuję 3h a marszem 1h 24 min, z analizy wykresu z Polara po imprezie biegnę średnio 5:20/km (zakładając tempo marszu 10 min/km). Ostatnie 7,3 km pokonuję systemem 1min bieg/1 min marsz – tempo z tego wychodzi 6:51/km. Każda sekunda biegu jest za długa a marszu za krótka. Średnie tętno z biegu 143, z całości irona 147, z odcinków które rzeczywiście biegnę – 152. Czas maratonu 4:24. W czasie biegu tylko piję i jem pomarańcze, na żele nie mam ochoty, podobnież na banany. Na mecie nie specjalnie chce mi się pić i jeść. Wypijam kawę i colę, jem żurek, o dziwo nie czuje strasznie starganych nóg. Gorzej bywało po maratonach i po połówkowych tri. Dwa dni później praktycznie ból nóg nie doskwiera zupełnie. Czas łączny 11: 24. Jak na debiut w ironie jestem zadowolony, do pełni szczęścia brakuje „przebiegniętego” maratonu zamiast marszobiegu. Nie wiem czy za szybko zacząłem rower czy brakuje mi wytrzymałości biegowej, a może to jedno i drugie. Przed ironem w okresie 3 m-cy praktycznie zrobiłem dwa długie biegi 33 i 35 km. Poprzednie długie wybiegania to zima/wiosna.
Atmosfera podczas zawodów bardzo sympatyczna, na rowerze i podczas biegu wszyscy się pozdrawiają, przy 18 zawodnikach jest to możliwe. Obsługa punktów żywieniowych bardzo życzliwa, podobnież albo nawet bardziej troskliwa ekipa na mecie, ...kawa, herbata, żurek, kiełbaska, itp., itd.
Trasa dobrze wymierzona (mam na tym punkcie małego świra), chociaż nie przesadnie oznaczona. Trasa rowerowa poprowadzona tak, że ruch samochodowy nieodczuwalny, brawo dla organizatorów, którzy nie mogą odpowiadać za bardzo kiepski chwilami „asfalt”. Może bieg można było rozegrać na pętli w lesie (był taki fragment nad brzegiem jeziora, bardzo relaksujący) zamiast po asfalcie i kostce brukowej. Ale dzięki temu w przyszłym roku może być jeszcze sympatyczniej. Teraz jeszcze 500 km do Olsztyna fatalnej drogi nr 10. Prawie dałem się przekonać Oli do Ironmana, kombinujemy podczas drogi, gdzie tu można by się wybrać na wiosnę.
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa) Idź do strony Poprzedni1, 2, 3Następny
Strona 2 z 3
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach