emo Sekcja biegów górskich

Sekcja biegów górskich

No i wreszcie zapowiadana relacja z tegorocznego B7D :):

Bieg 7 Dolin – Krynica - 8.09.2012 r.

Decyzja o starcie w Krynicy Zdroju na dystansie 100 km, po malowniczych pasmach Beskidu Sądeckiego zapadła pod wypływem impulsu, na trzy tygodnie przed startem. Mając już ponad dwudziestoletnie doświadczenia biegowe i wiele przebiegniętych dystansów, ale nie dłuższych niż 42 km, .
Właściwie od chwili zapisania się na Festiwal Biegowy zaczęłam zastanawiać się nad swoją decyzją. O bieganiu dystansów dłuższych niż maraton wiedzę miałam nikłą, żeby nie powiedzieć, zerową. Bardzo pomocny okazał się tutaj internet, za pośrednictwem którego porozmawiałam na forach z ultrasami, poczytałam ich wrażenia i relacje z zawodów. Dzięki temu ogólny zarys zadania, z którym dane było mi się zmierzyć, począł w głowie kiełkować.
Udało się zmontować ekipę szaleńców, podobnie jak ja, gotowych zmierzyć się z dystansem 100 km.

Z Warszawy do Krynicy Zdrój wyjechaliśmy w piątek rano, tak aby zdążyć na organizowane jeszcze pierwszego dnia festiwalu eliminacje i finał biegów na jedna milę. My, ultramaratończycy, odprawę mieliśmy dopiero po 19.00 w Pijalni Głównej. W popularnej, krynickiej pijalni wód źródlanych, zgromadziło się naprawdę sporo biegaczy. Byli wśród nich tacy, którzy mieli pobiec do górach tylko 33 i 66 km. Otrzymawszy wszystkie potrzebne wskazówki i informacje organizacyjne, grzecznie podążyliśmy na kwatery, mając w głowie świadomość, że start będzie o 3.00 nad ranem a pobudka będzie znacznie wcześniejsza.
Faktycznie należało przygotować nie tylko stroje startowe dopasowane do różnych warunków pogodowych, popakować do worków na przepaki na 33 i 66 km konieczne rzeczy, rozcieńczyć izotoniki i zjeść bardzo wczesne, odpowiednio zbilansowane, lekkie śniadanie.

O tej porze na deptaku krynickim, skąd miał nastąpić start, było zimno i ciemno. Po krótkiej rozgrzewce i gimnastyce, na sygnał startera, wyruszyliśmy w noc. Barwny tłum zawodników wyposażonych w czołówki i camelbagi na plecach wyruszył w ciemność pełną niewiadomych, zwłaszcza dla tych zawodników, którzy z tym wymagającym dystansem mierzyli się po raz pierwszy.
Już na początku, na pierwszym podejściu zboczem Góry Krzyżowej (812 m n.p.m.) i na kolejnym, wiodącym na Jaworzynę Krynicką (1114 m n.p.m.) okazało się, że moja „doskonała” czołówka, jest do niczego. Przy szybszym tempie, w zróżnicowanym terenie, rzuca zbyt słaby i za krótki snop światła. Tutaj potrzebna była lepsza perspektywa widzenia, na dłuższą odległość. Poza tym, podczas szybkich zbiegów, gwałtownych skrętów i przeskoków, stale podskakiwała i zmieniała lokalizację na głowie. Musiałam więc ciągle ją poprawiać i przytrzymywać aby nie spadła. Wszystko to powodowało, że musiałam biec z biegaczami posiadającymi oświetlenie większego zasięgu. Tempo biegu zdawało się zbyt wolne. Ale miałam świadomość, że były to dopiero pierwsze kilometry.
Na szczęście miałam z kim biegać, gdyż na tym etapie biegacze tworzyli całkiem zwartą, choć rozciągniętą z uwagi na charakter trasy, grupę. Były tam również dziewczyny, z którymi później na trasie niejednokrotnie się mijałyśmy. Było to bardzo motywujące i dodawało kolorytu rywalizacji.
Sytuację zaraz po starcie pogorszył drobny deszcz, który nie tylko rozmoczył trasę ale dodatkowo utrudniał widoczność. Biegnąc w ciemnościach kilka razy wpadłam nogami w głębokie błotniste kałuże, ale odnotowując ten fakt w głowie, prawie tego nie poczułam.
Opady deszczu w zasadzie nie opuszczały nas prawie do południa. Ale mi niespecjalnie to przeszkadzało. Gdy jestem odpowiednio ubrana lubię biegać po deszczu :).

Na Halę Łabowską dotarłam bardzo szybko. Tutaj, przy schronisku, na wysokości 1064 m n.p.m., znajdował się drugi punkt odżywczy.
Na pierwszy przepak na 33 km w Rytrze dobiegłam w bardzo dobrej formie, po upływie równo 4 godzin. Limit czasu był dużo większy, bo wynosił 5 godz. i 30 min. Nie marnowałam czasu. Bardzo szybko uzupełniłam camelbega, wypiłam izotonik przygotowany przez organizatorów, zjadłam pół banana, trochę rodzynek i na koniec jeszcze rozgrzałam się gorącą, słodka herbatą. Ze swojego worka zabrałam tylko żele i batony na trasę, gdyż następne czekały na mnie dopiero na 66 km. To jednak kawał drogi, więc nie chciałam ryzykować osłabienia tempa biegu czy wręcz fizycznego głodu. Postanowiłam nie zmieniać odzieży, bo dotychczasowy zestaw, krótka koszulka, spodenki i ortalion z długim rękawem skutecznie chronił mnie przed deszczem i wiejącym na szczytach wiatrem.
Pokrzepiona na ciele, bez ociągania, pognałam dalej.

Biegłam w euforii, czując się naprawdę szczęśliwą. Tylko ja i góry, i mój wielki sportowy trud.
Po kolejnych kilometrach dotarłam na kolejny punkt odżywczy, na Hali Przehyba, (1173 r. n.p.m.). Tutaj była jedyna na trasie tzw. „agrafka”, gdzie zawodnicy mieli okazję zorientować się, kto podąża za nimi. Następny odcinek trasy wiódł na Radziejową (1262 m n.p.m.), Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.) i przez wielu ultrasów źle wspominaną Eliaszówkę (1024 m n.p.m.).

Do kolejnego punktu przepakowego w Piwnicznej Zdroju na 66 km dotarłam również po 4 godzinach biegu. Niemal jak w zegarku - pomyślałam. Tutaj limit czasu został określony na 10 godzin i 30 minut. Powtórzyłam poprzedni manewr taktyczny z 33 km, z tą różnicą, że zdjęłam ortalion i założyłam koszulkę z krótkim rękawem. Jak się później okazało dla mnie nie był to najlepszy wybór. Pomimo tego, że deszcz przestał padać, wciąż było zimno. Wrażenie potęgował silny wiatr a słońce, które wcześniej wyszło zza chmur, bardzo szybko się za nimi schowało. Pomimo tych niedogodności dalsza część dystansu rysowała się niezwykle ciekawie. Nie tylko dogoniłam zawodniczkę, która wcześniej mi uciekła, ale dopędziłam także znanego mi z wielu wcześniejszych startów biegacza, który rok wcześniej biegał po raz pierwszy na 100 km. I żeby tego było mało, miał lepsze ode mnie życiówki w maratonie a w tegorocznej edycji planował pobiec poniżej 10 godzin. Dla mnie jego założenie wydawało się niemal kosmiczne. Nie mieściło mi się w głowie, że mogłabym go wyprzedzić.
Faktycznie, gdy chłopak mnie zobaczył na przepaku, pogratulował mi, ale też nie ociągał się długo. Dogoniona przeze mnie zawodniczka chyba miała kryzys. Nie marnując więc czasu i wiedząc, że wskoczyłam na 3 miejsce w kategorii generalnej kobiet, wyruszyłam w trasę.

W tym miejscu wielu zawodników dopadło zwątpienie. Czekała nas wspinaczka z Wierchomli Małej pod wyciągiem ku Jaworzynce (1001 m). Byłam bardzo ciekawa jak zniosę to podejście, bo pamiętałam tę drogę ze swoich zimowych obozów sportowych. Bardzo często tamtędy właziłam, brnąc w głębokim śniegu lub zmagając się z porywistym, mroźnym wiatrem.
Rozpoczęło się hardcorowe podejście. Hardcorowe?.. Ale nie dla mnie ?!. Miałam mnóstwo siły i parłam nieubłaganie pod górę, na przód. Dopadłam uciekającego kolegę i nie zważając na niemal umierających z wysiłku biegaczy popędziłam dalej. Potem długi zbieg prawie do samego Szczawnika. Coraz bardziej zaczęły doskwierać mi pozbijane na stromych i długich zbiegach uda. Cierpiałam straszliwie. Ale nagle, ból odcięło. Po prostu biegłam jak w transie, szybko, przed siebie, byle do mety. Byłam na trzeciej pozycji i nie zamierzałam jej stracić. Nie wiadomo też było jak daleko przede mną jest kolejna rywalka i czy przypadkiem jakaś inna właśnie mnie nie dogania. Będąc w tak świetnej dyspozycji musiałam dać sobie szansę. Bardzo wiele pomocy okazał mi współtowarzysz, z którym wzajemnie, jak kolarze w peletonie, dawaliśmy sobie zmiany. Ze Szczawnika droga pod górę do schroniska Bacówka nad Wierchomlą nie była już trudna. Długi odcinek płaskiej, bez kamieni i nierówności, trasy rowerowej łagodnie piął się pod górę i aż zapraszał do przyśpieszenia tempa. Oboje się temu poddaliśmy. Kilometry mijały. W Schronisku Bacówka nad Wierchomlą, na 86 km, był ostatni punkt odżywczy z limitem czasu 15 godzin. Nie było obawy o limit. Mieściłam się w nim znakomicie.

Po krótki popasie wyruszyłam na Runek (1080 m), który tego dnia pokonywaliśmy dwukrotnie, skąd przez Przysłop (941 m), Drabiakówkę (893 m) i Krzyżową (812 m) nieubłaganie zbliżaliśmy się do mety. Wreszcie, w oddali usłyszeliśmy upragniony głos spikera i muzykę towarzyszącą ultramaratończykom wbiegającym na metę w Krynicy. Jeszcze przyśpieszyliśmy kroku, choć właśnie teraz trzeba było zachować największą ostrożność. Trasa wiodła po bardzo nierównym szlaku, pełnym drobnych kamieni i wystających korzeni drzew, a już na samym końcu opadała stromo w dół, wzdłuż metalowej siatki oddzielającej trasę biegu od znajdujących się na zboczu zabudowań krynickich domostw. Mocno już zmęczeni potykaliśmy się na nierównościach a wspomniana siatka nieraz uratowała nas przed upadkiem.
Końcówka biegu prowadziła z górki, po równiutkim asfalcie i była czystą przyjemnością.
I tylko mety wciąż nie było widać. Wreszcie jest! Mając prawie 100 km w nogach nie mogłam sobie odmówić przyjemności zakończenia go w iście sprinterskim wykonaniu.

Uzyskany czas: 12 godzin i 43 minuty pozwolił mi na zakończeniu zmagań na doskonałej jak na debiutantkę, trzeciej pozycji. Zostałam Ultramaratończykiem i w tej dyscyplinie nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa... ;)))
Bieganie uzależnia...

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Sekcja biegów górskich

Dzięki ;). Już myślę o przyszłorocznym Biegu Granią Tatr organizowanym w czerwcu :)...
Bieganie uzależnia...

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Stronę wygenerowano w 0.791 sekundy.

do góry