Ełcka Zmarzlina 2012 - Relacja
Ja pierniczę, ale się władowaliśmy! Po wyjściu z PK7 wybraliśmy najkrótszy wariant do następnego punktu kontrolnego, prowadzący przez podmokłe łąki i las poprzecinany rowami. Teraz jest tam pełno wody. Już z pół godziny się tu taplamy...
Chaszcze, zwalone drzewa i wylewające rowy. Stopy mam mokre, Sabina skacząc przez rów skąpała się już po uda. Dogonił nas Hiubi, którego zaczyna coraz bardziej boleć kolano. Podczas przechodzenia po zwalonym drzewie wpadła mi do wody komórka. Zaraz ją wyciągnąłem, ale jest cała mokra. Muszę ją wyłączyć i osuszyć. Jakby tego było mało, zaczyna mi przerywać czołówka. Jest środek nocy, a moja latarka co chwila się wyłącza. Szlag by trafił! Już nawet nie wiem dokładnie gdzie jesteśmy, bo od dłuższego czasu kluczymy pomiędzy rozlewiskami. Byle na północ. Z mapy wynika, że jakkolwiek byśmy nie szli dojdziemy do nasypu kolejowego. Wychodzimy na łąkę. W świetle czołówki widać coś, co wygląda jak nasyp. Nareszcie. Przed nami jeszcze tylko ta cholerna zalana łąka. Nasyp jest blisko, ale zbliżamy się do niego w ślimaczym tempie. Co krok staję na lód, który prawie za każdym razem się załamuje i wpadam po kolana w lodowatą wodę. Już mi wszystko jedno, mam sealskiny, ale i tak stóp nie czuję. Wiem, że jeśli zaraz nie wyjdziemy z tego bagna, nie dojdziemy do zbawiennego nasypu i nie zaczniemy po nim biec by wypompować z butów wodę i rozgrzać stopy - będzie niedobrze.
Orienterska setka w Ełku
Pieszy maraton na orientację na 100 kilometrów „Ełcka Zmarzlina – TRAIL.PL" organizuje Wiesław Rusak, weteran pieszych setek. Impreza odbywa się w Ełku już od kilku lat. W 2009 roku, w marcu odbyły się „Ełckie Roztopy". W następnym roku zawody przeniesiono na styczeń i nazwano „Ełcką Zmarzliną". W tym roku jest ich trzecia edycja. Zasady są zawsze takie same. Pewnego styczniowego, mniej lub bardziej mroźnego dnia wieczorem stajesz na starcie. Dostajesz mapę z zaznaczonymi na niej kilkunastoma punktami kontrolnymi. Musisz do każdego z nich po kolei dotrzeć i podbić kartę startową. Którędy do nich trafisz to już twoja sprawa. Byle byś to zrobił na własnych nogach. Odległość pomiędzy punktami poprowadzona najkrótszymi drogami wynosi 100 kilometrów. Na uwinięcie się z całością jest 27 godzin. Zawodnicy ruszają na trasę wyposażeni w mapę, kompas, jedzenie, picie, apteczkę i telefon komórkowy. Nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie wezwać pomocy. Chętnych na zimową przeprawę w Ełku jest zwykle od kilkudziesięciu do ponad stu. Liczba „finisherów" jest różna w zależności od pogody i trudności trasy. Przeciętnie zawody kończy co piąty.
W tym roku zawody w Ełku miały być bardziej prestiżowe niż zazwyczaj. Decyzją Kapituły zostały wybrane na miejsce rozegrania Mistrzostw Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na 100 km. Był to jeden z powodów, które skłoniły mnie do przyjazdu. Poza tym chciałem zobaczyć jak będzie. Kiedyś tu wygrałem, ale rok temu było bardzo ślisko, zacząłem się przewracać na oblodzonych drogach i ze wstydem zszedłem z trasy nie dochodząc nawet do połowy. W tym roku mądrzejszy o doświadczenie zabrałem „tajną broń": w zwykłe terenowe Asicsy wkręciłem metalowe wkręty. Parę dni przed zawodami wypróbowałem wynalazek na treningu. Chciałem sprawdzić czy aby wkręty nie wypadają lub co gorsza nie wkręcają się w stopę. Nic z tych rzeczy: na lodzie i ubitym śniegu buty szły jak burza. Teraz już lód nie powinien być przeszkodą. Mogę jechać.
I pętla
20 stycznia, piątek wieczorem. Ełk. Po zarejestrowaniu się w bazie zawodów organizator rozdaje zalaminowane mapy i pakuje nas do autobusów. Te jadą do jakiejś wsi za miasto. Jest 20:30, startujemy. Osób ponad 120 ale część ściga się tylko na połówce (50 km). Tuż po sygnale startu zaczynam biec z Sabiną Giełzak. Umawiamy się, że przynajmniej początek polecimy razem. Jestem „za". Pokonywanie setek w parze jest może mniej ambitne, bo łatwiejsze, ale za to dużo przyjemniejsze. O ile oczywiście partner jest na podobnym poziomie. W przypadku Sabiny wiem, że z tym problemów nie będzie. Jest ona jedną z dwóch zeszłorocznych Mistrzyń Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na 100 km. Jest mocna. Bardzo mocna.
Na początku jeszcze się ogarniam truchtając powoli za sznurem innych zawodników. Jest tłoczno, przed nami i za nami porusza się sznur światełek. Do PK1 chciałem okrężnie, ale bezpiecznie torami, Sabina uświadamia mi, że za bardzo nadłożylibyśmy drogi. No dobra, powoli lecimy za wszystkimi. Śniegu nie ma dużo, ale leży go tyle, że trudno dopatrzyć się drogi. Trochę podbiegamy, na pagórkach trochę idziemy razem z wężem zawodników zmierzających do punktu. Jest już pierwsza okazja do skąpania się. W końcu pomimo nocy widać zarys górki porośniętej lasem. Łatwo do niej trafić, bo organizator w tym szczególnym przypadku oznaczył dodatkowo drogę. Na szczycie pagórka przy punkcie media robią nam zdjęcia. Jako jedni z pierwszych podbijamy karty i lecimy dalej.
Do dwójki biegniemy torami. Sabina prowadzi. Jak zwykle na początku wyrywa do przodu, ja wlokę się z tyłu. Tak będzie przez dziesięć następnych godzin, bo przez większość trasy w tym naszym „związku" to ja będę hamulcowym. „Tramwaj" się już znacznie skurczył, teraz jest zaledwie kilkuosobowy. PK2 przebiegamy trochę za daleko, ale widać inni też mieli problemy, więc na punkt wpadamy jako pierwsi. Pstryk, pstryk - znowu ktoś robi zdjęcia. Droga na trójkę to w zasadzie prosta sprawa. Według pierwotnego planu mieliśmy trzymać się drogi, ale po drodze mija nas Maciej Więcek, który obok Michała Jędroszkowiaka (obaj team INOV-8) jest jednym z faworytów. Maciej grzeje na azymut, prosto na zachód. Droga jest zasypana śniegiem, chyba rzeczywiście nie ma się jej co kurczowo trzymać. Lecimy tak jak Maciej, który dysponując większym tempem przelotowym coraz bardziej się od nas oddala. PK 3 wchodzi bez problemów. Do PK4 truchtamy długim i prostym przelotem. Wyprzedza nas po drodze kilku znajomych w tym znowu Maciej, który widać gdzieś się zakręcił przy PK3. Punkt czwarty wchodzi bez problemów, położony 5 kilometrów dalej PK5 także. Jesteśmy na 25 kilometrze trasy, jedna czwarta za nami. Na razie jest wszystko fajnie, ośnieżone drogi są wyjeżdżone i dobrze się po nich biegnie. Temperatura około zera. Do czwórki biegnę już tylko z Sabiną, ale w drodze na PK5 przyłącza się do nas Hubert Puka. Truchtamy tak sobie w trójkę długim przelotem do PK6, lasem przez poligon. Po drodze w pewnym momencie źle skręcamy w drogę kierującą na pole minowe. Ups! Robimy poprawkę i już bez przeszkód kierujemy do punktu.
Po gładkim podbiciu szóstki równie gładko podbijamy PK7. Po drodze Hubert, któremu odezwało się kolano, zaczyna nam zostawać z tyłu. Na punkt wbiegamy we dwójkę. Wychodząc z PK7 podejmujemy fatalną decyzję, by do kolejnego lecieć najkrótszą drogą, przez bagno. Najkrótszą w teorii w tym przypadku absolutnie nie znaczyło najkrótszą w praktyce. Co się tam działo zostało już opisane na wstępie. Masakra. Nie wiem ile straciliśmy na tych mokradłach: ze 40 minut, może więcej. Do tego sporo sił, których już nie odzyskamy. Gdy w końcu wydostaliśmy się na nasyp okazało się, że nie są to tory, ale biegnąca trochę wcześniej droga. Zaraz po wyjściu, nie oglądając się na Huberta, który jeszcze przed chwilą był za nami zaczynamy truchtać. Byle szybciej rozgrzać stopy. Dobry humor i towarzyszący do tej pory jako taki optymizm mocno ze mnie zeszły. Nie mogę odżałować, że tak głupio wtopiliśmy na tym bagnie. Teraz pewnie jest przed nami tabun ludzi. Dobrego wyniku na mecie pewnie już nie będzie. Do tego jeszcze zalana komórka i zepsuta czołówka. A tak dobrze szło. Sabina pożycza mi swoją zapasową czołówkę ratunkową Petzl eLite. Niewiele w niej widać, do świtu jeszcze ze 3 godziny. Teraz Sabina przejmuje rolę głównego nawigatora. Truchtam za nią wierząc, że prowadzi nas dobrze. Na PK8 trafiamy bez problemów wzdłuż linii wysokiego napięcia. Po drodze staram się w tym nikłym świetle nie skręcić nogi. Wracam też myślami do mokradeł i zastanawiam się co z Hubertem. Wychodząc z wody myśleliśmy tylko o jak najszybszym rozgrzaniu stóp i zostawiliśmy na bagnie kolegę z bolącym kolanem. Mamy trochę wyrzuty sumienia i obawy co się z nim teraz dzieje. Na mecie ucieszę się widząc Huberta siedzącego na schodach z komórką w ręku. Znaczy żyje.
Po PK8 równie sprawnie dobiegamy do PK9. Jesteśmy na półmetku. W szkole mamy przepak, jest gorąca herbata i obsługa punktu, która akurat odbiera telefon z prośbą o zwiezienie z trasy. Na miejscu jest też kilku zawodników, ale na 100 kilometrów wyszły dotychczas tylko 3 osoby. Pewnie faworyci: Maciej Więcek, Michał Jędroszkowiak i Andrzej Buchajewicz. Nie jest tak źle jak początkowo myślałem. Uzupełniamy prowiant, zostawiam bezużyteczną komórkę i wrzucam do plecaka wiatrówkę Baseplate Jacket. Jeśli spuchnę przed metą i nie dam rady biec do końca - na pewno się przyda.
II pętla
Po wyjściu z przepaku zamieniamy się czołówkami: ja biorę dobrą czołówkę Sabiny i do świtu przejmuję rolę głównego nawigatora. Sabina bierze małą „elitkę". Pomny traumatycznych przeżyć na mokradłach decyduję, że na PK10 lecimy dookolnym wariantem drogą przez las. Potem się okaże, że nie była to dobra decyzja, gdyż krótsza droga na wprost była wygodna, a nasz wariant znacznie dłuższy. Do tego jeszcze przygody przy samotnym gospodarstwie pod lasem. Przebiegamy koło jakiegoś domu, jest piąta nad ranem. Psy w gospodarstwie zaczynają ujadać. Gdy już je minęliśmy i dochodzimy do lasu słyszymy jakieś krzyki. Potem coś jakby strzał. Pewnie właściciel się wściekł, że w sobotę o 5 rano chodzą mu jacyś ludzie pod domem i psy dostają szału. Nie mam do niego żalu, ale jeśli do nas celował to dobrze, że nie trafił.
Następne punkty położone są blisko siebie i na szczęście wchodzą bez problemów. PK11, PK12 i lecimy do trzynastki. Długa droga wzdłuż lasu i druga przecinka w lewo. Precyzyjnie liczę czas, wbijamy się w las, jesteśmy chyba we właściwym miejscu i... nic! Wokół sporo śladów, ktoś przed nami też tu szukał punktu. Punktu, którego nie ma. Może to nie ta przecinka? Lecimy na następną. Pudło, też nie ma. Czas leci. Biegniemy lasem w poprzek i do pierwszej przecinki. W lesie sporo śladów. W końcu... jest! Straciliśmy na „szczęśliwej" trzynastce z pół godziny. Biję się w pierś przed Sabiną, że źle nas wprowadziłem na punkt. Później okaże się, że to budowniczy trasy postawił punkt o jedną przecinkę za blisko. Wszyscy go szukali zgodnie z mapą, ale nie tam, gdzie rzeczywiście stał.
Jest około 6 rano, wstaje świt. Można w końcu wyłączyć czołówkę. Lecimy długim przelotem do PK14. W lesie mamy drobny problem, zaliczamy wahnięcie na jakieś 5 minut, ale ostatecznie na punkt nad jeziorem wchodzimy sprawnie. Przy wyjściu z lasu widzimy w oddali jakieś czołówki. Konkurenci nas dochodzą? Nie - to ludzie, którzy dopiero wyszli z PK8 i idą na dziewiątkę. Jeśli planują zrobić setkę to mają jeszcze szmat drogi. Podbijam kartę i w ścigackim amoku ruszam dalej. Sabina za mną. Kilkadziesiąt metrów dalej patrzę na kompas i widzę, że idziemy w odwrotnym kierunku niż powinniśmy! Ach to zmęczenie, szczęście, że daleko nie odeszliśmy. Droga do PK15 to formalność, prowadzi w większości po drodze. Do szesnastki jest ostatni długi, ale też w miarę łatwy przelot. Teraz już tylko nabijamy kilometry i liczymy ile do końca. Na 16 punkcie mamy 86 kilometrów. Coraz uważniej patrzę pod nogi na ślady w śniegu przed nami. Do tej pory były pomocniczym elementem nawigacyjnym potwierdzającym właściwie obraną drogę. Teraz w miarę zbliżania się do mety zaczynają prognozować zajmowane miejsce. Ślady są dwa, jeden to charakterystyczny odcisk butów INOV-8, drugi to jakieś szosówki. Dlaczego nie trzy? Ktoś ze ścisłej czołówki musiał się pogubić albo zszedł z trasy. W każdym razie wniosek jest taki, że mamy z Sabiną szansę na pudło. Biegniemy na trzecie miejsce. To bardzo podnosi morale i motywuje do wysiłku na końcówce. Czuję się dużo lepiej niż na półmetku, nawet mam ochotę podbiegać pagórki. Sabina też biegnie, ale chyba nieco słabnie. I tak jest bardzo dzielna. Patrzę na zegarek, czas jest dobry, szykuje się wynik w okolicach 14 godzin. Jeśli dobiegniemy do mety Sabina poprawi swoją życiówkę i ustanowi nowy kobiecy rekord na orienterskich setkach. Teraz byle tylko nie popełnić jakiegoś głupiego błędu. Zostało ostatnich 14 kilometrów i dwa punkty kontrolne.
Kilometr przed PK17 mijamy się z Andrzejem Buchajewiczem, który już podbił punkt. Jest dwa kilometry przed nami. W biegu dowiadujemy się, że Maciej Więcek złapał kontuzję i zszedł z trasy. Długo przed Andrzejem biegł Michał Jędroszkowiak, który już najpewniej skończył. Dalej Andrzej i na trzecim miejscu – my. Podbijam siedemnastkę, Sabina proponuje bym ją zostawił i ścigał Andrzeja. Nie wierzę, że uda się go dojść, pewnie widząc nas zwiększył czujność i przyśpieszył kroku. Poza tym głupio mi zostawić partnera, bez którego nie było by mnie tu, gdzie jestem. Do PK18 biegniemy dosyć ruchliwą drogą, Sabina ma coraz większą ochotę na marszobieg. Podobno z drogą do ostatniego punktu miało być coś nie tak więc docieramy do niego na przełaj, przez pola. Podbijamy kartę, zostały tylko 4 kilometry. Sabina wypycha mnie przodem. Rozstajemy się i umawiamy na gorącą herbatę na mecie. Ostatni kawałek biegnę sam, zrobiło się jakoś dużo ciężej niż wtedy, gdy biegłem w parze. Do tego mylę drogę i zamiast do bazy biegnę obwodnicą na zachód. Chwilę później orientuję się w błędzie i wracam na właściwy kierunek. Jeszcze tylko dwie niespodzianki, jakieś budowane wiadukty, rozkopy i wpadam do szkoły. Oddaję kartę, dziewczyny zapisują czas. Wyszło 13 godzin i 45 minut. Jestem trzeci. Na mecie jest już Michał Jędroszkowiak, który wygrał bezkonkurencyjnie kończąc ponad dwie godziny wcześniej i Andrzej Buchajewicz który przybiegł 15 minut temu. Pięć minut później, jako czwarta wpada zdyszana Sabina. Z czasem 13:51 poprawia swoją życiówkę o ponad godzinę i ustanawia nowy rekord w Pieszych Maratonach na Orientację na 100 kilometrów wśród kobiet. Jej Garmin pokazuje rzeczywisty przebyty dystans: 107 kilometrów. Brawo!
Zakończenie
Na mecie na gorąco omawiamy warianty i dzielimy się wrażeniami z trasy. Potem prysznic, jedzenie, spanie i można skoczyć na pobliski basen, na który uczestnicy maratonu mają wejście darmowe. Pławimy się tam ponad godzinę na różnych hydromasażach, w jacuzzi, okupujemy sauny. Ależ to fajne uczucie tak odpocząć po całonocnym bieganiu w terenie. Potem wracamy do bazy i o 20tej jest zakończenie. Piwko dla każdego, smaczny i bogaty posiłek, medale, statuetki i nagrody rzeczowe dla najlepszych za w sumie 5000 złotych. Trzeba przyznać, że organizator imprezę od strony logistycznej przygotował znakomicie. Także władze Ełku widać bardzo pozytywnie podchodzą do „Ełckiej Zmarzliny" i chętnie wspierają wysiłki organizatora. Wydarzeniem interesują się też regionalne media. Wyszła z tego w sumie bardzo fajna impreza. Skłony jestem nawet użyć porównania, że tym czym dla polskich liniowych ultra jest Bieg 7 Dolin tym dla orienterskich setek jest „Ełcka Zmarzlina". Impreza ponadprzeciętnie dofinansowana i ponadprzeciętnie zorganizowana. Być może na Kieracie jest podobnie, ale dawno tam nie byłem, więc nie wiem. Tylko ten nieszczęsny, nieprecyzyjnie ustawiony PK13 mógł stać tam gdzie powinien, ale cóż... niektórzy twierdzą, że nie ma rzeczy doskonałych.
W sumie trasę 100 kilometrów ukończyło w limicie 27 godzin 41 osób ze 125, które wystartowały. Część jednak od początku rywalizowała tylko na 50 kilometrach. Warunki były łatwiejsze niż w ostatnich latach, nawigacyjnie też nie było ciężko stąd procent „finisherów" jest w tym roku nadspodziewanie wysoki. Wyniki najlepszych:
100 km kobiety (Mistrzostwa Polski w PMnO 2012)
1. Sabina Giełzak (INOV-8) 13:54
2. Skolimowska Katarzyna (Yulo Run Team Siedlce) 19:59
3. Anna Trykozko (ICM Adventure) 21:07
100 km mężczyźni (Mistrzostwa Polski w PMnO 2012)
1. Michał Jędroszkowiak (INOV-8) 11:21
2. Andrzej Buchajewicz (MCkwadrat) 13:34
3. Paweł Pakuła (Columbia / MKS „Żak" Biała Podl.) 13:49
50 km kobiety
1. Dagmara Kozioł (Szybcy i Brudni AZS Umed) 06:54
2. Halina Biziuk 11:26
3. Anna Szymańska 12:20
50 km mężczyźni
1. Łukasz Romanowski (Alpa!) 06:17
2. Wojciech Stolarczyk (Szybcy i Brudni AZS Umed) 06:54
3. Marcin Hippner (KPG) 06:58
Autorem zdjęć z trasy jest Rafał Galicki
- Etykiety: Ełcka Zmarzlina PMnO
